Siódma rocznica śmierci wybitnego, współczesnego, polskiego poety, który lubił odwiedzać Konin

Aleksandra Polewska-Wianecka
Aleksandra Polewska-Wianecka
Głos Wielkopolski
Udostępnij:
Dziś, 26 grudnia mija siódma rocznica śmierci wybitnego polskiego poety, tłumacza literatury i profesora Uniwersytetu Harvarda - Stanisława Barańczaka. Mało kto wie, że Barańczak przed swą emigracją pojawiał się często w Koninie. Dlaczego?

Dziś, 26 grudnia mija siódma rocznica śmierci wybitnego polskiego poety, tłumacza literatury i profesora Uniwersytetu Harvarda - Stanisława Barańczaka. Mało kto wie, że Barańczak przed swą emigracją pojawiał się często w Koninie.

Jan - ojciec Stanisława

Od 1972 roku w Koninie mieszkał i pracował ojciec poety Jan Barańczak. Jan Barańczak był lekarzem i kiedy w naszym mieście powstał Wojewódzki Szpital Zespolony, on współtworzył i współorganizował w nim zakład patomorfologii. Jesienią 2002 roku - 2 lata po śmierci Jana Barańczaka - w szpitalu przy ul. Szpitalnej odsłonięto nawet tablicę pamiątkową ku jego czci.

Doktor Barańczak był doskonałym dydaktykiem i praktykiem. Zawsze otaczali go lekarze i studenci. Jego rozpoznania histopatologiczne i sekcyjne zawierały bogatą informację kliniczną opisaną piękną, klasyczną łaciną

- wspominała jedna z jego współpracownic. Stanisław przyjeżdżając do Konina, odwiedzał ojca w tzw. bloku lekarskim przy ul. Przemysłowej 6. O Janie Barańczaku, napiszemy więcej w najbliższych dniach. Tymczasem przytaczamy fragment wiersza Stanisława Barańczaka, który poeta poświęcił i zadedykował ojcu...

CZERWIEC 1962

Chciałeś, bym poszedł w twoje ślady, wprasowane
w osobliwą glinę tych okolic (coś w rodzaju białawego szamotu)
przez stare bieżniki opon garbatej, spracowanej
warszawy (ta skrzynia biegów: ileś się naszamotał
z jej topornym lewarkiem), gdy woziła cię do wiejskich pacjentów:
więc zdawało się naturalne, że zabrałeś mnie do Szamotuł,
gdzie Szpital Powiatowy rozpłaszczał się burą, pacniętą
w pobliże rynku grudą. Oprócz nas nie było nikogo
w kafelkowo spłukanej, źle oświetlonej kostnicy,
tylko starsza kobieta na stole, żółtawa jak pomnikowo-
-skrócona bryła piaskowca, był jakiś kosmiczny,
komiczny, Kolumbowy błąd w tej niezbicie napiętej,
poziomej nieruchomości. Na kształt odwróconej kotwicy
łuk żeber krzyżował się z długim, w dół przez mostek biegnącym nacięciem
(wzgórek łonowy taktownie przykryłeś strzępem ligniny),
w którym wyręczył cię wcześniej szpitalny posługacz-osiłek.
I zdawało się naturalne, że pozwane na proces gnilny,
upokorzone ciało poddawało się, gdy podnosiłeś
do światła gumową dłonią jego serce czy wątrobę, badałeś
treść jelit i barwę płuc, rozcinałeś tęczowosine
płaty żołądka. A wszystko swym ostatecznym banałem
sumował odór, przed którym ostrzegłeś mnie jeszcze w domu:
"Co zrobić, jest tylko biologia: co zostaje z człowieka, to śmierdzi".
Ile tomów, totemów, systemów tym samym "ecce homo"
zatykało mi nos i usta później - jakby chciały potwierdzić,
że nie dorosłem do tego, aby o tych, którzy muszą umierać,
powiedzieć cokolwiek więcej, niż da się powiedzieć o śmierci.
Lecz zdawało się naturalne, że się muszę buntować, upierać.
.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Dwaj Panowie Pingo - wystawa malarstwa Kołpanowicz&Cruz

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie