14 listopada przyszła na świat Astrid Lindgren. Gdyby żyła, miałaby dziś 114 lat!

Aleksandra Polewska-Wianecka
Aleksandra Polewska-Wianecka
Z archiwum Sary Schwardt
Udostępnij:
Gdy czytałam książkę „Twoje listy chowam pod materacem”, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Astrid Lindgren zerka na mnie z niebiańskich wyżyn i puszcza swoje słynne, zawadiackie, perskie oko. Książka stworzona z unikalnego zbioru listów, jakie pisarka wymieniała z Sarą, jedną ze swych młodziutkich czytelniczek, jest niczym przysłowiowa wisienka na torcie jej twórczości. Nie tylko wzrusza i bawi, ale ukazuje historię niezwykłej przyjaźni, która… nigdy się nie skończyła.

Rozmowa z Sarą Schwardt, z którą Astrid Lindgren korespondowała przez ponad trzy dekady.

Twoja niezwykła przyjaźń z Astrid Lindgren zaczęła się od tego, że chciałaś zostać aktorką.

Taką jak Ingrid Bergman albo Liv Ullman. Mówi ci coś w ogóle nazwisko Liv Ullman? Bo wydaje mi się, że poza Skandynawią, zwłaszcza dla osób z twojego pokolenia, to nazwisko może być obce.

Słyszałam o Liv Ullman od dziecka, od mojego taty.

Był początek lat 70. Miałam 13 lat. W Szwecji zekranizowano właśnie „Pippi Langstrumpf”, którą bardzo chciałam zagrać, ale niestety, po castingu nie zaproszono mnie nawet na zdjęcia próbne! (Śmiech.) Ubolewałam nad tym oczywiście, nie mniej nie zamierzałam się poddawać, zwłaszcza, że miała powstać adaptacja filmowa innej mojej ukochanej książki. Był nią „Biały kamień” Gunnel Linde. Główna bohaterka „Kamienia”, Fideli, wydawała mi się moją literacką kopią i ogromnie pragnęłam wcielić się w jej rolę. Tak ogromnie, że postanowiłam poszukać protekcji. Któregoś dnia zobaczyłam w gazecie adres Astrid Lindgren. Pomyślałam, że gdyby wstawiła się za mną tak wielka postać, jak ona, zagrałabym Fideli. Natychmiast postanowiłam do niej napisać i poprosić ją o pomoc.

Znalazłaś w gazecie adres Astrid Lindgren?

Dziś to wydaje się niemożliwe, by prywatny adres pisarza o międzynarodowej sławie, tak po prostu znaleźć w gazecie. Ale to było ponad 40 lat temu, w dodatku w bardzo spokojnym kraju. Wracając jednak do tematu, napisałam co miałam do napisania, wysłałam list i dostałam odpowiedź. Kiedy ją otrzymałam, podekscytowana zamknęłam się w łazience by nikt mi nie przeszkadzał w jej lekturze. Ku mojemu zaskoczeniu jednak, ta lektura nie należała do przyjemnych. Pisząc do Astrid i prosząc ją o pomoc w otrzymaniu roli, skrytykowałam odtwórczynię Pippi. Napisałam, że grała kiepsko i że w ogóle cała ekranizacja bardzo mnie rozczarowała. Nie omieszkałam przy tym zaznaczyć, że gdybym to ja zagrała Pippi film byłby dużo lepszy. (Śmiech.) Kreowałam się w liście na wschodzącą gwiazdę kina z zuchwalstwem charakterystycznym dla nastolatki, więc Astrid odpisując, przytarła mi nosa. A to mnie zabolało. I zawstydziło tak bardzo, że zaraz po przeczytaniu podarłam list na drobne kawałki i wyrzuciłam do toalety.

A zaraz potem napisałaś do pisarki kolejny list.

Tak, z gorącymi przeprosinami za te wszystkie głupoty od których roiło się w moim pierwszym liście. I wkrótce dostałam kolejną odpowiedź.

I w tym miejscu wyjaśnijmy, że Astrid Lindgren nie miała w zwyczaju odpisywać temu samemu czytelnikowi po raz drugi.

Astrid była zasypywana listami przez swoich czytelników, głównie przez dzieci i młodzież. Przez pewien okres odpisywała każdemu z nich, ale tylko raz. Później nie była już w stanie, bo listów przychodziło co raz więcej. Wymyśliła więc specjalne pocztówki, które wysyłano w odpowiedzi na przychodzące do niej listy. A mnie odpisała drugi raz. Czas miał zresztą pokazać, że napisze do mnie jeszcze wiele razy.

Dlaczego akurat do Ciebie?

Nie mam pojęcia. Byłam bardzo zbuntowaną nastolatką. Czułam się samotna i nierozumiana. Brzydka. Miałam kłopoty i w szkole i w domu. Korzystałam z pomocy psychologicznej. O tym wszystkim można przeczytać w mojej książce. Listy, które jako nastolatka pisałam do Astrid są pełne niesamowicie emocjonalnych opisów najprzeróżniejszych moich trosk. I mimo tego, że biła z nich taka nastoletnia histeria, Astrid Lindgren odnosiła się do nich z wielkim szacunkiem, uwagą, ciepłem i dobrocią. Czasami mnie pocieszała, doradzała coś, odradzała, innym razem udzielała mi swoistych reprymend, jak np. wtedy kiedy napisałam, że palę papierosy. Sama jej uwaga, świadomość, że ona jest gdzieś tam w Sztokholmie, że czyta moje listy, że odpisuje, już samo to, było wtedy dla mnie ogromnym wsparciem. Dawało mi bardzo wiele. Przyszedł czas w naszej korespondencji, że także ona zaczęła mi pisać o niektórych swoich problemach. O tym, że jest zmęczona pisaniem że terminy ją gonią, że brat choruje, a potem, że zmarł. Pisała mi nawet o śmierci gosposi. Ale także o jasnych stronach jej życia. Na przykład, że jedzie z wnukami na Kretę.Wiesz jakie to uczucie, kiedy tak wielka i cudowna pisarka z czegoś ci się zwierza? Zwłaszcza, że jesteś od niej o ponad pół wieku młodsza?

Korespondowałyście ze sobą 31 lat, ale nigdy się nie spotkałyście. Nie żałujesz tego?

Nie. Myślę, że gdybyśmy spotykały się twarzą w twarz, nasza relacja miałyby zupełnie inny charakter. Z całą pewnością nie tak intymny. Kiedy piszesz list otwierasz swoją duszę. Rozmowa listami rozgrywa się na zupełnie innych płaszczyznach niż rozmowa wprost. Bratanica Astrid Lindgren powiedziała mi, że kiedy przeczytała książkę z naszą korespondencją była zaskoczona, bo nie znała swojej cioci od takiej strony od jakiej poznałam ją ja. Mówiła, że Astrid była dla niej cudowną ciocią, że miała z nią fantastyczny kontakt, ale nigdy nie był on taki głęboki jak nasz. Nie prosiłam nigdy Astrid o spotkanie. Ona też ani razu o tym nie wspomniała. Miałyśmy umowę, że będziemy do siebie pisać tylko wtedy kiedy będziemy czuły tego potrzebę. Kiedyś, kiedy byłam w Sztokholmie, poszłam na Dalagatan, czyli na ulicę przy której mieszkała. Stanęłam przed jej kamienicą i zastanawiałam się czy pukać do jej drzwi czy nie. Nie zapukałam. Wysłałam jej za to bukiet kwiatów w podziękowaniu za pieniądze jakie mi przysłała. Krótko potem w domu zadzwonił telefon, odebrałam i usłyszałam w słuchawce: „Mówi Astrid Lindgren.” Omal nie padłam z wrażenia. Zadzwoniła by mi podziękować za kwiaty. Ten jeden, jedyny raz rozmawiałyśmy ze sobą. Do dziś mam też książki, które Astrid mi podarowała: „Kati we Włoszech” i „Kati w Paryżu”.

Skoro mówimy o przesyłaniu prezentów, kim była Sara Colomba Bianca?

Mój dziadek robił z drewna gołębie, smalandzkie gołębie pokoju. Jednego z nich wysłałam Astrid w prezencie. Wiązały się one ze zwyczajem, że w miejscu, w którym je zawieszono (bo wisiały zwykle u sufitu), nie wolno było wypowiadać ostrych słów. Jeśli się ich używało gołąb ciemniał. Choć ciemniał też jak długo wisiał. Astrid gołąb się bardzo spodobał i napisała, że nazwała go Sara Colomba Bianca. Często zwracała się do mnie w listach „Saro, moja mała gołąbko” albo „moja mała przyjaciółeczko” albo „moja mała przylaszczko”.

Mijały lata. Ze zbuntowanej i nieszczęśliwej nastolatki zmieniłaś się w młodą kobietę, która prowadziła, cytuję „życie godne pozazdroszczenia”, a jej małe córeczki nie pozwalały jej skończyć kolejnego listu do Astrid. W jednym z listów pisałaś, że nie możesz się doczekać kiedy podrosną na tyle byś mogła im czytać „Pippi” czy „Dzieci z Bullerbyn”. Doczekałaś się?

Nie bardzo! (Śmiech.) Moje córki uwielbiały kiedy im czytałam, ale nie chciały słuchać niczego innego poza Biblią dla dzieci! Kiedy kończyłam im czytać ostatni rozdział, kazały mi czytać od początku. I tak bez końca. Moje życie prywatne układało się wtedy bardzo dobrze, ale moje życie zawodowe było przez lata dalekie od moich młodzieńczych marzeń o nim.

Fakt, aktorką nie jesteś.

Wyrosłam z aktorki. Później pragnęłam zostać dziennikarką i to było już moje dojrzałe marzenie. Jak zapewne wiesz, z treści książki, Astrid mnie do tego motywowała, kibicowała mi. Ale kiedy wyszłam za mąż, a później urodziłam trójkę dzieci, dziennikarskie plany gdzieś się rozpłynęły. Pracowałam w szpitalu jako sprzątaczka. W rękach miałam mopa i myłam nim podłogi, a w uszach miałam słuchawki i słuchałam przy pracy audiobooków. I tak całymi dniami. Zawsze kochałam książki. Nie miałam wielkich perspektyw na zmianę swojej sytuacji zawodowej, nie mówiąc już o realizacji pomysłu o dziennikarstwie. Wszystko zmieniło się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy wydano w formie książki naszą korespondencję. Książki, na okładce której, obok nazwiska Astrid, widnieje moje nazwisko. Zaproponowano mi wówczas pracę w Mariannelund gdzie powstaje drugie co do wielkości, największe muzeum filmów dla dzieci. Kiedyś chciałam zagrać Pippi, a teraz, będąc przewodnikiem, oprowadzam dzieci po muzeum, w którym ważne miejsce zajmują filmy powstałe w oparciu o książki Astrid Lindgren i opowiadam im o mojej przyjaźni z nią. I o niej samej. Nawiasem mówiąc tu gdzie dziś powstaje muzeum, przed laty kręcono film o Emilu ze Smalandii. Poza tym przyjęłam też propozycję współpracy z czasopismem „Kommunalarbetaren” i regularnie pisuję do niego artykuły. Mogę pisać o czym chcę, mam całkowicie wolną rękę. Lubię mówić, że Astrid dała mi drugą szansę. Wciąż mam wrażenie, że nade mną czuwa.

Nie tylko czuwa. Wydała z tobą książkę. Wiesz, ilu pisarzy na świecie marzy o tym by ich nazwisko pojawiło się na okładce tuż obok nazwiska takiej ikony literatury jak Astrid Lindgren?

Przyjaźń z Astrid to prawdziwy dar od Boga. I wtedy i dziś, czuję się i czułam ogromnie nią wyróżniona.

Książka tłumaczona jest na kolejne języki, dużo podróżujesz w związku z jej promocją. Promocyjne szlaki nie biegły co prawda przez Polskę, ale i tak nas kiedyś odwiedziłaś.

W maju 1983 roku byłam w Polsce z moją szkołą biblijną. Kiedy miałam 20 lat przeżyłam nawrócenie. Pisałam o tym Astrid w listach z tamtego okresu, o czym zresztą można przeczytać w książce. Dziś wstydzę się sposobu w jaki to wszystko opisywałam, ale tak właśnie wtedy to wszystko postrzegałam, odczuwałam.

Obrazujesz Astrid swoje doświadczenie odkrycia Boga posługując się fragmentami „Mio, mój Mio” czy „Braci Lwie Serce”. To ciekawe, piękne, i bardzo nowatorskie. Nie wiem czego można się tu wstydzić.

Teraz napisałabym o tym po prostu inaczej.

Ciekawe o czym napisałabyś do Astrid, gdybyś w 1983 roku pisała do niej z Polski?

Pewnie o tym o co tam robiłam, co widziałam. Może o tym, że kiedy byliśmy w Poznaniu, na ulicach działy się dziwne rzeczy? Że ludzie układali kwiaty, palili świece, modlili się, a milicja próbowała ich bezskutecznie rozgonić.

Zastanawiałaś się kiedyś jakby wyglądało Twoje życie, gdybyś w 1971 roku nie napisała do Astrid, a ona nie odpisałaby na Twój list?

Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Byłam trudną nastolatką, niedobrą. Naprawdę ciężko było we mnie dostrzec dobro, a ona je dostrzegła. I dzięki temu dziś ze sobą rozmawiamy.

Dziękuję za rozmowę.

Astrid Lindgren, Sara Schwardt, Twoje listy chowam pod materacem. Korespondencja 1971–2002, Przekład: Anna Węgleńska, Wydawnictwo Nasza Księgarnia.

14 listopada przyszła na świat Astrid Lindgren. Gdyby żyła, ...

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Dwaj Panowie Pingo - wystawa malarstwa Kołpanowicz&Cruz

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie